Czyli jak to się wszystko zaczęło w 1996r. (lub troszkę wcześniej…)

Może zacznę od siebie, a mianowicie nazywam się Łukasz Müller i liczę 22 wiosny.
Od dłuższego czasu, od kilku lat zajmuję się rozprzestrzenianiem alternatywnej muzyki, a konkretnie organizowaniem imprez plenerowych, na których gromadzą się młodzi ludzie z naszej i nie tylko dzielnicy.
Spotykają się regularnie aby wspólnie miło spędzić czas i posłuchać dźwięków, których nie słychać w większości dyskotek i publicznych rozgłośniach radiowych, no może poza Radiostacją (FM: 92.00Mhz) która jest jedyną rozgłośnią nadawaną na publicznej antenie, serwującą muzyczne klimaty począwszy od spokojnych numerów chilloutowych po mocne, progresywne klimaty.
Na początku były to imprezy, które organizowałam w parku niedaleko mojego miejsca zamieszkania.
Było to możliwe dzięki moim rodzicom, a szczególnie Tacie, który zaopatrzył mnie w agregat prądotwórczy, bez którego nie dałoby się uruchomić żadnego sprzętu (no może poza małymi Boom Boxami zasilanymi kilkoma bateriami R20).

Generator ten zapewnił nam nieodłączną w naszym świecie Elektryczność w środku parku i Zaczęło się…
Dostałem od znajomych stare głośniki, kupiłem na rynku stary wzmacniacz Unitra i zacząłem organizować cotygodniowe spotkania, podczas których ja i moi przyjaciele bawiliśmy się do białego rana przy ulubionej muzyce, przy ręcznie zdobionych drzewkach, które służyły jako swego rodzaju dekoracje.
W smutnej i ponurej dzielnicy nagle coś ożyło i ogarnęło wszystkich wokoło.
Już po wejściu do Parku Brzeźnieńskiego można było poczuć różnicę, bo z zewnątrz dobiegł głos żeglarskiej muzyki, która nadała temu parkowi niepowtarzalną atmosferę i zaczęli odwiedzać spacerujący ludzie” nasz” plac, na którym z tygodnia na tydzień pojawiało się coraz więcej fajnych ludzi.
Potem przyszło lato i z pomocą pewnego pana, który rozbił namiot na ścianie plaży, udało mi się przenieść z parku na plażę, gdzie grana przeze mnie muzyka cieszyła się wszechobecnymi plażowiczami.
Moje wydarzenia stały się bardzo popularnym sposobem spędzania wolnych weekendów wśród osób mieszkających nie tylko w naszej dzielnicy, ale i z całego Gdańska.
Wieść rozchodzi się bardzo szybko, zwłaszcza, że spotkania, które mam zaszczyt organizować w niczym nie przypominają komercyjnych imprez organizowanych w klubach na terenie całego Trójmiasta,
dlatego też z różnych zakątków zaczęło przybywać coraz więcej osób nas nasze darmowej imprezy
Niestety kolejny obrót spraw jest taki, że natury nie da się oszukać (choć bardzo bym tego chciał) i temperatura zaczęła nieubłaganie spadać i nadeszła zima. Cała dzielnica znów zamarła, jakby wszyscy zapadli w sen zimowy, a ja chciałam kontynuować imprezę, ale niestety moi rodzice nie są zamożni i nie stać mnie na wynajęcie jakiejkolwiek sali i kontynuowanie tego, co tak kocham.
Zaiskrzyło mi się w głowie i wpadłem na pomysł, który moi znajomi uznali za zupełnie absurdalny, a mianowicie pomyślałem o adaptacji wolnostojących bunkrów, które biegną jak wstęga po naszym parku, na własne potrzeby, i eureka, przy pomocy kilku znajomych udało mi się posprzątać wszechobecny gruz, pozostałości innych dziwnych rzeczy, których nie będę tutaj opisywał, bo byłoby to „niesmaczne” heh.
Wtedy do akcji wkroczył mój tata i znowu nam pomógł i załatwił ciężki sprzęt do wiercenia w grubym betonie i udało mi się zamontować kratę przy wejściu. celując w… (i jaki jest cel kraty…hi…hi…), bo wiesz jacy są ludzie. Zaczęłam rozglądać się po supermarketach (tj. koszach na śmieci) w poszukiwaniu sof i foteli, na których mogłabym usiąść.
Zaczęłam wkładać coraz więcej pracy w wykonywane przeze mnie dekoracje, po prostu z niczego i wszystkiego, co wpadło mi w ręce. Wystarczy odrobina wyobraźni i pomysł gotowy, a kolejna dekoracja gotowa…
